Menu

  • Matka Startuje
  • Matka Trenuje
  • Matka Opowiada
  • Matka Testuje
  • Kontakt
  • Matkawmediach

6 lipca 2016

O tym jak góry wsadziły mi środkowy palec w tyłek.

Historia rozpoczyna się zimą, kiedy to biegowa kumpela przebiegła Zimowy Półmaraton Gór Stołowych. Jej opowieść była tak wciągająca, że pomyślałam, że latem bardzo będę chciała spróbować zmierzyć się z trasą Supermaratonu Gór Stołowych. Przyszła wiosna i nadeszło decydowanie o letnio - jesiennych startach. Numer odwaliłam nieziemski bo zapisałam się na Maraton Karkonoski, opłaciłam i dopiero w maju (!!!!) koleżanka wyprowadziła mnie z błędu, że to nie ta sama impreza. No cóż... spox... w tym moim szaleńczym życiu na krawędzi może się zdarzyć zapisać nie na te zawody, na które chcę. Sprawę przyjęłam na klatę i zaczęłam przygotowania. Cóż, maj był bardzo dobrze przepracowany ale to zdecydowanie za mało by przebiec górski maraton. W czerwcu urlopowałam się nad morzem i nie mogłam znaleźć ani jednego nachylenia, żeby robić podbiegi. I to się zemściło. 

Do Szkalrskiej Poręby wyruszyłyśmy razem z Marysią, autorką bloga Mari Gone Running. Było wesoło i przemiło. Marysia gardziła całe 3 dni moimi czereśniami (hahahaha). W piątek odebrałyśmy pakiety i dość szybko ewakuowałyśmy się spać.

Budopol Poznań i Smashing Pąpkins tu są! <3 fot. Marysia Adamska

Jeszcze nie wiedziałyśmy co nas czeka! fot. Marysia Adamska

W sobotę rano sprawnie ogarnęłyśmy się na start i nadeszła w końcu długo wyczekiwana 8:30.
Tu już był nerw! fot. Marysia Adamska

Godzina startu. Założenia miałam jasne. Bardzo powoli podchodzić podejścia (głównie dwa największe - pierwsze 6,5km z ponad 800m przewyższenia na trasie Szklarska Poręba - Wyciąg do Śnieżnych Kotłów i drugie na Śnieżkę) żeby się nie zajechać a na zbiegach dawać rurę i nadrabiać. W miarę możliwości resztę truchtać. Taki był plan. W ogóle nie ruszało mnie to, że po 1km zostałam sama ostatnia na trasie a po piętach deptał mi quad GOPRu. Na Śnieżnych Kotłach, właśnie na 6,5km miał być punkt kontrolny a ci co się nie zmieścili w 1:20min mieli być na tym punkcie zdjęci z trasy. 
Do 5km wszystko szło zgodnie z planem. Wolno, wolno sobie dreptałam i miałam obliczone, że na styk właśnie stanę pod stacją przekaźnikową na Śnieżnych Kotłach. Tylko, że za schroniskiem pod Łabskim Szczytem były schody... które mnie zabiły. Które zabiły moje kolana. ten kilometr robiłam w ponad 22 min, przez co wiedząc, że nie zmieszczę się w limicie, a na Kotłach schowam numer i pobiegnę dalej na swoją wycieczkę biegową, w ogóle odpuściłam i spacerem dotarłam pod stację przekaźnikową. A pod stacją stali Panowie GOPRowcy i jak zobaczyli mnie zbliżającą się, to aż się postawili do pionu. Przekonana, że chcą mnie ściągnąć z trasy, podeszłam i pięknie się przywitałam. Gadamy sobie o warunkach, o tym, że nie jestem ostatnia bo wyprzedziłam jednego pana i w ogóle prowadzimy dość luźną pogawędkę po czym pytanie jednego z ratowników wprawiło mnie w osłupienie: 
GOPR: No dobrze, ale co pani jest?
Kasia: eee... no nic mi nie jest?
GOPR: To dlaczego pani nie biegnie tylko z nami rozmawia?
Kasia: eeee... bo panowie mnie zdejmują z trasy właśnie????
GOPR: nie???
Kasia: nieee????????!!?!?!?!
GOPR: No nie! Niech pani leci!
Kasia: To pa! 
i pobiegłam...
i biegłam, biegłam sobie powoli po wielkich zielonych kamlotach i było cudownie. Wiatr powiewał na grani a słońce pieściło moje zanadto już przypalone czoło. No wiecie! Pięknie było po prostu! Wtedy jeszcze z dużym zapasem sił obliczałam sobie jak odrobić te 12min straty z pierwszej części trasy. A potem zaczęły się takie kamloty, że ja Was proszę! Chociaż bardzo chciałam to nie umiałam biegać po takich wertepach. Podziwiam wszystkich, którzy sunęli niczym kozice. Tu wyszła moja kolejna niedoróbka. Nie jestem biego-górsko otrzaskana. Okolice Krynicy Zdroju to inne góry, inna nawierzchnia, i w ogóle nie mogłam marzyć o zbieganiu w przyzwoitym tempie. Bo się bałam, że stracę zęby. Brak doświadczenia w górskim bieganiu (w bieganiu w trudnym terenie) wylazł jak słoma z papci. Zbieg do Odrodzenia był przyjemny. Nogi na asfalcie odpoczywały i mogłam wyłączyć myślenie. Uśmiechałam się do wszystkich, niemieckie seniorki podawały mi ręce i gratulowały (nie wiem czego? może głupoty? :D hehe). Za punktem odżywczym niedaleko Odrodzenia na przełęczy Karkonoskiej w którym uzupełniłam wodę i zjadłam banana zaczęło się podejście pod Mały Szyszak i Tępy Szczyt. Tam to idąc można było sobie wykręcić stopy. Co się naklęłam w duchu to moje. Tu też spotkałam wracającą elitę i zaczęłam też zatrzymywać się żeby przepuszczać tych nadciągających z przeciwka.
Biegnę sobie. fot. Maratonypolskie.pl


Dalej biegnąc w kierunku Równi pod Śnieżką  i Domu Śląskiego minęli mnie wszyscy, którzy razem ze mną o 8:30 wystartowali.
Pod Domem Śląskim. Jeszcze miałam nadzieję...

Drodzy biegacze! Dziękuję Wam za niezliczone piątki i doping na trasie!!! To było przewspaniałe i cudowne! Dziękuję!
Limit na trasie maratonu to było 8h. Czyli po 4h (+/- oczywiście) powinnam wylądować na Śnieżce, na półmetku. Pod Śnieżką wylądowałam z czasem około 4:20. Jeszcze pomyślałam sobie, że jak uda mi się sprawnie wdrapać na Królewnę to pomyślę czy nie lecieć dalej. Nawet na Równi pod Śnieżką  rozmawiając i wyprzedzając jedną panią rozmawiałam o tym, że na Śnieżce zadecydujemy co dalej robić. Niestety mimo tego, że ja na Śnieżkę podchodziłam ponad 25minut, spotkana pani ze mną nie weszła, zgubiła gdzieś się po drodze. Zegarek pokazywał 4h45min. Za dużo by tyle samo czasu tracić na powrót (chociaż zbieg ze Śnieżnych kotłów na pewno nie zająłby mi 1:30 tylko może koło 45/50min). Nie wiedziałam czy się wycofać czy lecieć dalej. Fizycznie czułam się dobrze, nic nie bolało (wszak powiedzmy sobie szczerze... nie zajeżdżałam się na siłę)... tylko nad Śnieżnymi Kotłami i Szrenicą, gdzieś w oddali majaczyły ciemno-granatowe chmury. Burza, którą wszyscy i wszystko przepowiadało w tej chwili szalała gdzieś na trasie biegu.
O oł! Burza na horyzoncie!

Zaczęłam myśleć asekuracyjnie i jak zwykle nie o sobie (chociaż nie ukrywam, też trochę się bałam). Zaczęłam myśleć co będzie jak ja mimo bycia oficjalnie po limicie polecę dalej w kierunku powrotnym i wyląduję sama w tą paskudną pogodę gdzieś w górze na pustym szlaku i coś by mi się stało. Dlaczego organizator ma ponosić odpowiedzialność za moje decyzje, które były sprzeczne z jego założeniami (limit 8h)? Wtedy rozwiązanie było proste. Zbiegając ze Śnieżki do Domu Śląskiego wiedziałam, że muszę dopaść Ogry i powiadomić o tym, że kończę. 
Tak też zrobiłam. Na 24km wycofałam się z zawodów i zadeklarowałam spacer do Karpacza. Organizatorzy w sumie jasno nie zakazali biec dalej, ale też nie zachęcali. Zostawili decyzję mnie. Schowałam numer do plecaka i skręciłam na szlak do Karpacza. Wyłam tak, że przechodzący ludzie pytali mi się czy wszystko ok. Nie wiem czy to była złość czy smutek czy rozczarowanie sobą - pewnie wszystkiego po trochu. Do tej pory nie potrafię określić czy to była słuszna decyzja.

W drodze do domu....
Powrót do Karpacza ciągnął się niesamowicie bo postanowiłam schodzić czerwonym szlakiem w dolinę Łomniczki. Duży spadek wysokości na pierwszych kilometrach i kamlotowa nawierzchnia spowodowały, że niebawem pozbędę się dużych paznokci u nóg. Wiszą już teraz tylko siłą woli. ;)
A wracając do trasy to zbiegając do doliny na mojej drodze spotkałam wielką kupę! Węch ze zmęczenia mi się wyłączył. Kupa leżała na środku ścieżki i ciężko nawet ją było wyminąć. Myślę sobie: "O cholera! Niedźwiedzie tu są!" - już już prawie sama doszłam do wniosku, że to niemożliwe a mym oczom ukazał się taki oto widok:
Zdecydowanie niedźwiedź to to nie jest :)
Konia tak wysoko w górach się nie spodziewałam. :) Biegnąc dalej przy Schronisku nad Łomniczką obrałam kierunek żółtym szlakiem na  KARPACZ PKP (nie byłam w Karpaczu naście lat i nie miałam pojęcia, że w Karpaczu już nie ma PKP. :D). O tej 10km trasie ze Śnieżki do Karpacza nie będę Wam pisać. Ból paznokci i palców był tak przejmujący, że mało co z trasy pamiętam.  Kiedy dotarłam na opuszczony dworzec kolejowy (w sumie nie taki opuszczony - mieści się tam muzeum zabawek i informacja turystyczna) to normalnie usiadłam i zapłakałam. Ani busów, ani kolei a pan za taksówkę zawołał stówkę. Mokrymi od łez oczami widzę, że niedaleko idzie lekko podpity (Kuśwa! Napruty jak rakieta!) jegomość. "Łoooo! Lokals!" - pomyślałam i chyżo podskoczyłam do pana. Pan to się tak zdenerwował, że chcę taksówką jechać, że prawie mnie na właściwy przystanek PKS zaprowadził. Oczywiście okazało się, że PKS do Szklarskiej Poręby uciekł kiedy wyłam na ławce przed dworcem PKP. Więc trochę sobie pod nosem poklęłam a na to odezwał się kolejny mieszkaniec rejonu tłumacząc jak szybko dostać się do Szklarskiej (Tu pani wsiądzie ze mną a ja pani powiem gdzie ma pani wysiąść, przejdzie pani na drugą stronę i po 4 minutach będzie pani miała autobus do Szklarskiej). Tym sposobem znowu nie zawiodłam się na ludziach i nawet dotarłam na nocleg na równi z Marysią, która poleciała te 46km w 7h06min. Normalnie gratulacje Marysia! Szacunek i podziw a mą rozkłapioną gębę cały czas zbieram z podłogi.

I tak stękam a wszyscy klepią mnie po plecach i mówią, że dobrze zrobiłam. A wiecie co! Sama już nie wiem. Jedyną osobą, która nie uważa, że powinnam się wycofać jest Pan Mąż. Zrąbał mnie, że mam miękki tyłek i, że zeszłam z trasy. W sumie to nie zgadzałam się  z nim do wtorkowego poranka, kiedy to odważyłam się zajrzeć na listę z wynikami. I okazało się, że gdybym pobiegła swoje, powolutku to nic by się nie stało. Dotarłabym (tak jak kilka osób) po ponad 9h i byłabym klasyfikowana. I nikt nie robiłby problemów a na szyi zawisł by ten wyczekiwany przeze mnie medal. Mam trochę żal do siebie, ale czy to o to chodziło? Żeby być po limicie? (nie sądzę...)

Czy widzę jakąś różnicę w moim przygotowaniu się w Krynicy a tutaj? Tak! W Krynicy co chwila na podejściach zatrzymywałam się bo było mi ciężko i wydolnościowo i bolały mnie łydki... teraz poza tym 5tym km i podejściem na Śnieżkę nie zatrzymałam się na żadnym (ŻADNYM!!!) podejściu ani razu. Nogi też były miękkie a ciało współpracowało. Tyle, że było za wolno! (Tak, trochę się cieszę z tej różnicy!)
Czas się gdzieś poprawić. Czas zaprzyjaźnić się mocniej ze schodami. Jak dobrze, że po schodach mogę wchodzić w sandałach.

Ciąg dalszy górskich przygód nastąpi! 

11 maja 2016

Śmigus dyngus czyli IX Poznański Półmaraton

     17 kwietnia, w niedzielę nad ranem otworzyłam pół oka i sądząc, że to co widzę za oknem i gdzieś tam słyszę to tylko koszmar, nakryłam się kołdrą, obaliłam na drugi bok i zasnęłam.
Kiedy budzik zadzwonił kilkadziesiąt minut później okazało się, że to co słyszałam to nie żadne tam koszmary tylko najprawdziwsza prawda. Leje kuśwa! Jęcząc i stękając udałam się do łazienki, gdzie nie zrezygnowałam z prostowania włosów (bystre, nie ma co!) a zamiast tuszu "bum bum magic - rzęsy pusz ap" zastosowałam zwykły wodoodporny.
     Ponieważ mój  Super Szybko Biegający Mąż jest  z natury aspołeczny nic mu nie powiedziałam tylko na 7:30 wyciągnęłam z domu by spotkać się na przystanku ze znajomymi. Całe szczęście upiekło się biedakowi bo gdzieś w kolejnym tramwaju zapodziała nam się nasza Konstantyna i już po jednym przystanku opuściliśmy pojazd  (co mój małżonek przyjął z widoczną ulgą) by móc złapać tą naszą Kosię.
     Na Międzynarodowe Targi Poznańskie, skąd był start półmaratonu, dotarliśmy już przemoczeni całkiem solidnie i nawet całkiem solidnie przemarzłam. Mimo bycia grubo przed godziną startu to na ostatnią chwilę, już po wystrzale startera dostałam się do swojego (no, mówili, że "do startu szykuje się strefa D") sektora, i ruszyłam. Trochę ludzi mnie wyprzedziło, trochę wyprzedziłam ja na pierwszych dwóch kilometrach i tak sobie człapałam swoje.
    Jak wiecie cel był jasny na ten rok - złamać te rąbane DWIE GODZINY!!!, no bo ile można się bujać z dwójką z przodu. Pewnie można i będę się bujać jeszcze długo. W sumie to mi to zaczęło dyndać i powiewać. Lepszą mamą nie będę ani lepszą żoną. Już po 800 metrach wiedziałam, że skoro ciężko utrzymać mi 5:38 (nie wierzę ale jednak) to nawet nie będę się porywać na dwójko łamanie bo ómrę gdzieś na 16km i wyjdzie jeszcze gorzej. Cel był jeden: średnie z 21km mieć poniżej 6:00. I udało się. Dzięki temu, był czas by dzieciakom przybijać piątki, był czas, żeby dziękować kibicom, że im się chce i to im bić brawo. No nie oszukujmy się, stanie w ulewie kilka godzin nie jest niczym miłym i trzeba bardzo zawziąć się w sobie, żeby wyruszyć na trasę w ciepłym słowem i oklaskiem. Bardzo Wam kibice dziękuję. Bardzo! 
Tu jeszcze się łudzę, że polecę na 1:59:XX (bo to było pierwsze 30 metrów :D )


Zmokła pĄkura ;) 
 Nie będę Wam tu pisała relacji z każdego kilometra jak to ómierałam, i jak to walczyłam ze sobą bo nie walczyłam. Owszem, zmęczenie dało o sobie znać i końcowe kilometry biegłam wolniej niż pierwsze 16 :) aczkolwiek miałam sił na tyle, żeby drzeć paszczę na kolegę, którego spotkałam na nawrotce na 17 kilometrze, by jeszcze zebrał się w sobie i przycisnął (jakiż to absurd bo mi cisnąć się nie chciało) hehe, dodatkowo na 18kilometrze czekała Magda z Pamiętnika Biegającej Dziewczyny i dostałam od niej obiecanego kopniaka w tyłek. Co by mnie poniosło równiutko i prosto do samej mety. Jeszcze gdzieś na 20km skakałam do apataru fotograficznego ale nie mogę tych zdjęć nigdzie namierzyć. Widocznie nie nadają się do publikacji. :D 
Ekipa prawie w komplecie. :) 



fot. Konstancja Lissewska. Bo pĄpki na mecie to podstawa!


fot. Agencja Gazeta. Pan Mąż za linią mety. Zabrakło 40 sekund do życiówki...
Aha! Muszę Wam napisać, że pierwszy raz w życiu stanęłam w kolejce i dałam się wymasować po biegu. To było ekstatycznie relaksujące przeżycie. Bolało ale było warto. Na drugi dzień nie miałam problemów z bolącymi nogami. Bardzo polecam. 


To pisałam ja! 
Pozdrawiam!

11 kwietnia 2016

O planach i o tym co siedzi w głowie.

Jak już zapewne doczytaliście plan na nadchodzący sezon się sypnął (klik klik). Niczym zamek z piasku, niczym bańska mydlana, niczym... podopisujcie sobie tendencyjne porównania. Ot!

Po wielu tygodniach pilnowania diety wynik jest na plus. To znaczy, że w lutym ważyłam mniej. Po tym jak przez pierwsze dwa tygodnie poleciałam kilka kilo w dół to przez kolejne tygodnie nadrabiałam. Miałam ucięte kalorie, miałam zamienioną kolejność posiłków, miałam... już QWA wszystko miałam, miałam nawet wizytę u kolejnego endokrynologa i miałam wykład, że mam jeść wszystko a nie być na paleo. I miarka się przebrała właśnie wczoraj, właśnie wczoraj, kiedy stanęłam po raz kolejny na wadze i okazało się, że od ubiegłej soboty (2.04) przytyłam ponad 3kg (niby woda, ale niestety nie zeszła wtedy, kiedy powinna). 
Muszę pomaszerować do lekarza i zapewne skończy się na jakiejś kuracji hormonalnej. 

Wiecie co! Pierdolę wszystko i robię swoje! Pójdę oczywiście do lekarza (kolejnego już fantastiko specjalisty) , ale zacznę słuchać siebie a nie innych. Każdy dookoła mówi mi co mam robić:
"Nie jedz mięsa, jedz rośliny"  - Jedz mięęęso!!! Dużo mięsa!" 
"Bierz leki na tarczycę!" - "Nie bierz leków na tarczycę"
"Wskazane jest bieganie przy niedoczynności tarczycy!" - "Niewskazane jest bieganie przy n.t."
"Bierz suplementy!" - "Nie bierz! Wszystko możesz pozyskać z pożywienia!"
"Ruszaj się, biegaj, żeby zgubić!" - "Powinnaś tylko spacerować!" 

Będę sobie biegać i będę niewyobrażalnie szczęśliwa. O! Tak właśnie będę robić! Będę robiła to co lubię i to co umiem.  
Będę szczęśliwa!  
Będę sobie dreptać tak jak do tej pory. Nie dla mnie ściganie, nie dla mnie walka w trupa. 
Ostatnio ktoś powiedział mi, że to trochę wstyd i siara, żeby po tylu latach biegania nie złamać 2h podczas półmaratonu. I bardzo mi się zrobiło smutno i nawet gdzieś tam cichcem się popłakałam. Myślę też nieustannie o tym co powiedzieli mi w trakcie analizy testów wydolnościowych, że gdybym ważyła 30kg mniej to bym biegała dychę poniżej 45min z takimi wynikami. 
Ale ważę ile ważę, jestem jaka jestem. Na tą chwilę jedyne co mogę zrobić to zmienić kolor włosów. 


ps. Kontuzje przytrafiają się każdemu, więc nie piszcie mi tu, że z taką dupencją rozwalę sobie stawy. 

Z całym szacunkiem (nie szukając daleko przykładu a mogłabym mnożyć ich dziesiątki w moim biegowym środowisku) ale to mój cinki jak patyk mąż nie biegał ponad miesiąc bo był kontuzjowany. 



Zbieram dupę do roboty! Karkonoski się sam nie zrobi! Howgh!  Do startu pozostało 81 dni!




28 marca 2016

Maniacka Dziesiątka czyli jestę dzikię ;)

Maniacka od kilku lat jest żelaznym punktem moich startów. To tylko w tych zawodach zawzięcie i po trupach walczę o życiówkę. To są jedyne zawody gdzie odważam się wyjść poza strefę komfortu i cisnąć ile sił w mych krótkich nóżkach. 
19 marca pogoda była dość przekorna. O świcie intensywnie grzejące słońce obudziło mnie. Pomyślałam sobie, że dzień na bieganie będzie idealny i bez żadnych namysłów i kombinowania uszykowałam sobie strój startowy w wersji krótkiej. Tylko strasznie przykro mi było, że nie polecę razem z Pawłem. Mąż trochę kontuzjowany był i odpuścił ten start. Szkoda wielka, ale rozumiem jego wybór. Dla niego również Maniacka to walka o jak najlepszy wynik. Nie chciał robić tego startu treningowo. 

Z częścią żeńską mojego Dream Teamu, Magdą i Konstantyną spotkałyśmy się już w tramwaju. Nastroje miałyśmy bojowe i każda z nas ten bojowy nastrój inaczej przeżywała. Magda zamknęła się w sobie, w Magdzie i była ewidentnie poddenerwowana, Kosi włączyło się nadawanie (radio się włączyło) a ja z nerwów też paplałam coś trzy po trzy. 
Nad Poznańską Maltą spotkałyśmy się z resztą naszej paczki i całą masą znajomych. :)

Dream Team w całości. Jeszcze przed biegiem. Fot. Srajfon Kosi.



Nie da się ukryć, że to był dzień na życiówki. Moje towarzystwo na starcie gdzieś się zgubiło, zgubiła się też koleżanka z LO, z którą byłam umówiona. Wszyscy się zgubili przed samiuśkim startem i tylko Ziemowit się odnalazł 3 minuty przez godziną zero, pytając się czy wiem, gdzie jest Konstancja bo ona ma jego telefon i rękawiczki. :D Konstantynę za bieg po życiówkę z gratisowym balastem podziwiam.  ;) 

10,9,8,7,6,5,4,3,2,1... goł! 
Plan maksimum to było złamać te pokrętne 50 min. Plan minimum to nie pobiec gorzej niż w 2015 czyli złamać 53:50. Wyszło pomiędzy. Już na pierwszym kilometrze, gdzie nogi z górki powinny się rozpędzić wiedziałam, że nic z tego nie będzie bo nogi ewidentnie nie mogły przebierać w tempie 4:59 min/km. Na 5:07 się zatrzymało i nie dało się szybciej. No cóż. I tak mieściłam się w planie a że było komfortowo postanowiłam trzymać się tego tempa. 
Na 2-gim kilometrze czekał tata, podbiegłam do niego nawet się przywitać i przybić piątkę. Było przyjemnie. Sapać zaczęłam dopiero na 6/7 kilometrze. Zrobiło się ciężko ale zbierałam się w sobie co róż i starałam się utrzymać tempo, 7 km wszedł najwolniejszy ale jeszcze na ósmym się zebrałam. Dopiero na 9 km odpadłam i zwolniłam. Od właściwie samego początku biegła ze mną Magda, raz obok, raz z przodu a raz za plecami. Jeszcze na ósmym kilometrze rzuciłam tekst, że to tylko 10 minut i już koniec i Magda się zebrała a ja niestety nie. Przekalkulowałam, że i tak życiówkę mam jak w banku i, że  właściwie wynik na poziomie 52 minut z kawałkiem mi starczy i spokojnie dobrnęłam do mety. Gdzieś na 9km czekał Krasus i przybijał piątki mocy. 
Było przyjemnie. Jak na mnie pobiegnięcie 10km w czasie 52:26 to nie lada wyczyn. Jestem zadowolona. Pewnie gdzieś tam pozostał lekki niedosyt, ale jest okej. 

 Tu miałam wrzucić zdjęcie z 9 km ale generalnie nie wyszłam, a i Magda też nie wyszła więc nie publikuję. :D

Ostatnie metry i ostatnie zebranie się w sobie. Fot. Sandra Afek Photography

I w ogóle to było cudownie spotkać ludziska ze Smashing Pąpkins. <3 <3 
pĄpkinsi w całej okazałości <3 fot. ręka Krasusa :P 

Wszak jakiś czas temu pisałam oo ograniczeniu biegania kosztem zdrowia. Wszak od marca wróciłam na etat do pracy i dzieją się naprawdę cuda na kiju po powrocie do domu. Wstawanie o 5:10 aby odwieść dzieci do przedszkola na 6:30 a na 7 zameldować się w pracy to czyste szaleństwo. W pracy cudownie - bardzo mi tego brakowało przez te wszystkie lata, ale po wyjściu zaczyna się gonitwa (po dzieci do placówki, do domu, podszykować obiad i już się robi 17:30/18... a potem kąpiele, kolacja i położenie dzieci spać, wieczorem czas na zakupy i podszykowanie posiłków na kolejny dzień), która kończy się nie wyjściem na trening i najzwyczajniejszym padnięciem na kanapie o 21.  
Także przez ostatnie tygodnie ogarniam rzeczywistość, żeby ułożyć sobie życie tak, żeby wcisnąć jeszcze bieganie. Plan już jest więc jak tylko minie paskudne przeziębienie wcielam go w życie. 
Do usłyszenia! 
Jest radość! fot. Srajfon Kosi ;P


ps. Nie mogąc się zmotywować do biegania popełniłam wariactwo i przepisałam się z połówki Maratonu Karkonoskiego na pełny :D Raz się żyje. Jechać 300km żeby przebiec 21? No bez jaj :P :D 


1 marca 2016

I Maxcess Zimowy(?) Cross Pobiedziska

Bardzo lubię kameralne imprezy biegowe także do udziału do tej nie trzeba było mnie dwa razy namawiać. Opcji za wystartowaniem w tych zawodach było kilka: kusili biegowi znajomi, którzy całą naszą paczką mieli jechać na zawody, kusił bogaty pakiet startowy i bliskość biegu od Poznania. Kusiły leśne odmęty rezerwatu przyrody Jeziora Dębiniec. I kusił fakt, że w końcu uda się pobiec z mężem.  

23 lutego 2016

O tym, że Dziewicza Góra zawsze zachwyca :)

To już koniec. W minioną sobotę miał miejsce ostatni bieg z cyklu Grand Prix Dziewiczej Góry w Biegach Górskich 2015/16. Kto by pomyślał, że w okolicach Poznania jest takie miejsce, które zdecydowanie do płaskich nie należy.

19 lutego 2016

Kiedy nie wiem co mam robić a zrobić coś trzeba czyli o przypadłościach.


Od kilku dni przez nasz dom przechodzi swoista rewolucja. Wszystko za sprawą mojego kumpla i jego kumpla. :D 

Jak wiecie zmagam się z kilkoma chorobami autoimmunologicznymi. O każdej napiszę Wam w wielkim skrócie i uproszczeniu. Mam niedoczynność tarczycy, insulinooporność i zespół policystycznych jajników (PCOS) - nazbierało się tego troszku. Są to przypadłości, które idą ze sobą w parze i jakoby jedna rzecz nakręca drugą, a ta druga koleją. Jest to swoiste koło, które się toczy i ciężko przerwać jego bieg. Słowem wstępu napiszę Wam o każdej z nich kilka zdań.

13 lutego 2016

Zimowy Forest Run z urodzinami w tle.

Na Zimowego Foresta czekałam długo. Kiedy po powrocie z Krynicy dość spontanicznie postanowiłam pobiec jesienną edycję Forest Run nie myślałam, że się tak zauroczę terenami Wielkopolskiego Parku Narodowego. I tak sobie wzdychałam i odliczałam dni do kolejnego biegu.

13 stycznia 2016

Konie też biegają ;)

Antoine de Saint - Exupery napisał, że "żal za miłością to jeszcze miłość". Kiedy miałam 9 lat poznałam co to miłość - inna niż miłość do bliskich. Miłości do koni.

3 stycznia 2016

Witaj 2016!

2015 poszedł sobie precz! Do najszczęśliwszych nie należał i jestem niezmiernie zadowolona, że już po nim. Nie chodzi tu bynajmniej o jakieś biegowe oceny roku ubiegłego ale o rodzinne choróbska. 
Tak jak już na FB pisałam, 2015 nie był jakimś rewelacyjnym rokiem pod względem biegania i trenowania. Owszem. Triathlony były ale miłości nie ma. Jak wiecie jest miłość do gór i tę miłość będę w 2016 pielęgnować. Plany startowe są jasne i doprecyzowane. Tam gdzie już ruszyły zapisy jestem na listach startowych. Tam gdzie zapisów jeszcze nie ma monitoruję pilnie sytuację, żeby zdążyć się zapisać przed wyczerpaniem limitu miejsc.